Najpierw Donald Tusk rzucił hasło „Wszyscy przeciw koalicji PIS-SLD”. Potem przedstawił Platformę jako jedyną siłę zdolną powstrzymać „oś zła”. Następnie Platforma zdobyła Bartosza Arłukowicza. Potem Grzegorz Napieralski nie potrafił znaleźć przekonującej odpowiedzi na utratę cennego posła. Raz mówił, że proponował mu wysokie miejsce na liście, innym razem że SLD o listach nie rozmawia.
Przejście Arłukowicza było dla SLD szokiem. Pogubił się nawet bardzo sprawny zespół medialny Sojuszu kierowany przez Tomasza Kalitę. Następnie dziennikarze zaczęli spekulować o kolejnych odejściach. Potem okazało się, że poseł Pomajda i posłanka Błochowiak nie planują kandydować w wyborach. Tomasz Kalita bardzo nerwowo zareagował na informacje IAR w tej sprawie. Dzwonił do dziennikarki i żądał wycofania depeszy.
Wrażenie sypania się SLD podgrzały informacje o W.Cimoszewiczu i M.Borowskim, którzy startują z poparciem Platformy. Ryszard Kalisz powiedział, że wie o innych postaciach lewicy, które wybiorą PO.
SLD próbował odpowiedzieć ultimatum: w przyszłości koalicja z Platformą tylko bez Tuska. Ale to żądanie jest tak kuriozalne, że aż śmieszne.
Teraz Donald Tusk wyzywa G.Napieralskiego na pojedynek biegowy. A najnowszy sondaż pokazuje obsunięcie Sojuszu.
Dla SLD to był bardzo zły tydzień. Konwencja rolna w Spale pełna pustych słów tego nie zmienia.