Lech Kaczyński zasługuje na pomnik w Warszawie. Nie dlatego, że uznawałem jego prezydenturę za wybitną. Wprost przeciwnie. Uznawałem ją za złą. Nie dlatego, że zmieniłem ten pogląd po 10 kwietnia. Tłumów przed Pałacem Prezydenckim nie traktowałem jako narodowej weryfikacji dokonań głowy państwa.
Lech Kaczyński zasługuje na pomnik w Warszawie ponieważ był prezydentem wybranym zdecydowaną większością w 2005, z silnym mandatem, który zginął w narodowej tragedii. Jej skala i symbolika zmuszają nas do upamiętnienia Smoleńska. Nie tylko pomnikiem nad mogiłami na Powązkach.
Sądzę, że potrzebny jest widoczny znak tej katastrofy w Warszawie. W znaczącym i prestiżowym miejscu, choć nie na Krakowskim Przedmieściu. Nie sądzę, by to powinien być pomnik tylko Lecha Kaczyńskiego z żoną. Powinien być to pomnik Lecha Kaczyńskiego i pozostałych ofiar katastrofy.
Nie zgadzam się z posłem Platformy Rafałem Grupińskim, który w TOK FM mówi: „Pomniki stawia się ludziom o ogromnych zasługach. Lech Kaczyński nie był dobrym prezydentem.” Dobrym, czy nie dobrym – był prezydentem. Postawienie pomnika nie powinno zależeć od czysto politycznej oceny dorobku, dokonanej przez konkurencję. Budowa pomnika nie powinna zależeć od tego, kto wygra wybory.
Sprawa pomnika jest i będzie czystą polityką przynajmniej do października. Platforma uważa za zagrożenie kult Lecha Kaczyńskiego, który może zmienić się w poparcie dla PIS. PIS z drugiej strony, widzi w sprawie budowy pomnika szansę na wyborcze punkty. Obie te kalkulacje są przed wyborami normalne. Ale też nie może taka sprawa jak upamiętnienie 10 kwietnia 2010 roku zależeć od kalkulacji, czy sondażu. Zwłaszcza tego zapowiadanego przez Hannę Gronkiewicz Waltz. Mieszkańcy stolicy (sam jestem Warszawiakiem) nie mogą być wyłącznym decydentami kwestii pomnika tragedii o znaczeniu narodowym.