Jarosław Kaczyński – w górę
Bronisław Komorowski – w dół
„Tym razem nie pozwolimy Jarosławowi odpoczywać, ma pójść na debatę z marszu, to da mu speed” – mówili mi przed debatą sztabowcy i… pomogło. Od pierwszych sekund Kaczyński był zdecydowanie bardziej energiczny, zamaszysty w ruchach, zdecydowany, zniknęła gdzieś niedzielna senność i nijakość. Początkowo Komorowski jakoś sobie z tym radził, sięgał po gadżety – uściski rąk, dokumenty, podszczypywał szefa PiS-u „jest Pan mistrzem niezrealizowanych planów”, dobrze trafiał uspokajającymi opowieściami o skomercjalizowanym szpitalu w Płocku. Taka remisowa rozgrywka trwała do 30 minuty. Potem drugi oddech złapał Kaczyński, „Pan może i wie jak rządzić domem, ale Pan jest liberałem” to była przygrywka do kolejnych celnych uderzeń, z których najbardziej bolesna była wyliczanka projektów, pomysłów i ustaw, które odrzuciła Platforma. Komorowski nie znalazł na to dobrej odpowiedzi. Wyglądał przez kilka minut jak balonik z którego spuszczono powietrze. Tuż potem strzelił sobie w stopę przypominając „Panie prezesie, melduję wykonanie zadania”. Nie wiem czy miało to sprowokować JK, czy tak tylko wyszło, ale lodowaty wzrok prezesa i prośba by nie przypominać zmarłego brata, były mordercze. Końcówka znów była wyrównana, ale jednak wrażenie ogólne – korzystniejsze dla JK. Nie wyszedł z ram spokojnego, odmienionego tragedią, a pokazał pazur i wolę walki.
Niestety merytorycznie debata znów była tragedią, trudne pytania pozostawały bez odpowiedzi, festiwal wodolejstwa i ogólników w odpowiedzi np. na pytanie o deficyt budżetowy był nieznośny. Tu obaj kandydaci mają duży minus.
Trudno w tej chwili powiedzieć, czy to co wydarzyło się w środowy wieczór przełamie korzystny dla BK trend, ale bez wątpienia, o ile przed debatą wydawało się, że to marszałek jest coraz bliższy zwycięstwa, to po niej mam wrażenie, że końcówka kampanii będzie gorąca, bo dziś znów wszystko wydaje się możliwe















